- 2026-02-27
- 0
- 17 minuty czytania
Z płatka rodzi się marka – rozmowa z Darią Mazurowską
Zatrzymać chwilę między kartkami papieru. Ocalić emocje zamknięte w bukiecie. Udowodnić, że nawet to, co kruche i przemijające, może stać się trwałą pamiątką. Rozmawiam z Darią Mazurowską – właścicielką Z PŁATKA, laureatką Zielonego Kursora 2025 – o tym, jak przypadkowe zdjęcie na Instagramie zapoczątkowało drogę do własnej firmy, dlaczego „niepoważny biznes” bywa najpoważniejszą misją życia i co tak naprawdę dzieje się z człowiekiem, gdy zaczyna prasować kwiaty. To rozmowa o pasji, która przyszła w najmroczniejszym momencie, o odwadze przekraczania limitów – także tych urzędowych – i o tym, że piękno można nie tylko tworzyć, ale i przywracać światu.
Ola Gościniak: Jak wyglądał moment, w którym pomyślałaś: „z prasowania kwiatów zrobię biznes”?
Daria Mazurowska: Właściwie biznes wyszedł z tego nieco przypadkiem, bo nie planowałam pracować na własny rachunek, a jeśli już by tak było, to ostatnie, co przyszłoby mi na myśl, to praca przy kwiatach. Na Instagramie wyświetliło mi się zdjęcie suszonych kwiatów w złotej ramce, które odmieniło moje życie. Zakochałam się w prasowanych kwiatach od pierwszego wejrzenia mimo, że jeszcze wtedy nawet nie wiedziałam, że tak się nazywa ta sztuka. Po pierwszych nieudanych próbach, zaczęłam odnosić pojedyncze sukcesy w prasowaniu i z czasem zaczęłam z nich tworzyć. Obdarowywałam drobnymi pracami znajomych i bliskich przy okazji narodzin ich pociech.
Wrzucałam też pierwsze zdjęcia na Instagram i w ten sposób znalazła się pierwsza klientka, która zamówiła inicjały wyklejone z suszonych kwiatów. Było mi zwyczajnie miło, że komuś się spodobało to, co robię i wpadła mi drobna sumka do domowego budżetu. Potem znajomi rodziny powierzyli mi swój ślubny bukiet, który zachowałam w małej ramie. Sytuacja win-win, bo ja mogłam nabierać wprawy, a oni zyskać pamiątkę zamiast wyrzucić kwiaty do śmieci. Każde wrzucone na Instagram zdjęcie generowało jakieś zamówienie. Zaczęłam się interesować kwestią prawną takiego “dorabiania”, bo nie lubię podpadać urzędom i tak trafiłam na instytucję działalności nierejestrowanej.
Zaczęłam ewidencjonować przychody, a zamówień pojawiało się coraz więcej i więcej. W końcu w ostatnim dniu lipca 2023 dostałam od klientki przelew, który sprawił, że przekroczyłam limit przychodu na działalności nierejestrowanej i miałam tydzień na oficjalną rejestrację biznesu. Wtedy byłam przerażona, bo nie planowałam zakładać firmy, ale szybko zorientowałam się, że już nic nie blokuje mojej pasji, wyobraźni i chęci tworzenia czegoś pięknego dla innych. Kto wie, gdyby nie ten jeden przelew, być może nie zdecydowałabym się na taką drogę.
Czy ktoś powiedział Ci kiedyś, że to „nie jest poważny biznes”? Jak na to zareagowałaś?
Do tej pory bywa, że to słyszę, choć na szczęście już mnie to zwyczajnie nie dotyka, bo mam poczucie misji. Słyszałam mnóstwo komentarzy, że fajne mam hobby, ale biznesu z tego nie będzie, że mam już pracę, więc po co się w to bawię, że co to za filozofia włożyć kwiatek do książki i ususzyć. Bolało mnie to i wzbudzało wewnętrzny sprzeciw, bo wiedziałam, że to o wiele więcej niż suszone kwiatki.
Jeszcze nigdy nie powiedziałam o tym oficjalnie tak otwarcie, ale prasowanie kwiatów odnalazło mnie w najmroczniejszym momencie życia. Wierzę, że to nie był przypadek, a przeznaczenie. To był czas, kiedy wszystko we mnie zwiędło, moja radość i kolory zgasły, a dni zlały się w jeden odcień szarości. Próby suszenia roślin, wypatrywanie kwiatów na spacerach, zbieranie, a w końcu tworzenie z nich dały mi poczucie sensu, obudziły zmysły, wydobyły mnie z otchłani smutku. Zaczęłam zatrzymywać rośliny między kartkami papieru i dopiero z czasem zrozumiałam, że tak naprawdę zatrzymuję też siebie.
Proces prasowania roślin jest cichy i wymaga cierpliwości. Najpierw jest moment ściśnięcia – ciężar, nacisk, przelotne zaglądanie, bezruch. Kwiat traci swoją trójwymiarowość, musi poddać się presji, ale to właśnie w tym pozornym unieruchomieniu zachodzi przemiana. Znika nadmiar wilgoci, zmienia się kolor i struktura. To, co kruche, okazuje się trwałe i tak samo było ze mną. Najpierw był nacisk życia, który wydawał się nie do udźwignięcia. Czułam się spłaszczona przez doświadczenia, pozbawiona przestrzeni do oddychania. Jednak przy prasowaniu roślin zapominałam o wszystkim dookoła, byłam myślami tylko “tu i teraz”, powoli odparowywał ból, a to, co najważniejsze, zaczęło się wyraźniej rysować. Odkryłam, że nawet po utracie pierwotnej formy można zachować piękno tylko w innej postaci. W prasie również panuje mrok, kwiaty zamknięte są z dala od światła, ale kiedy po tygodniach się je wyjmuje i widzi zachowany delikatny, ale trwały kwiat, to pojawia się też nadzieja. Czułam, że skoro ja ją odzyskałam, to inni też mogą coś zyskać, poznając technikę lub otaczając się prasowanymi roślinami. Stąd też zaczęłam szerzyć hasło „niech piękno prasowanych kwiatów niesie się w świat”.
Dziś patrzę na zasuszone rośliny jak na symbol. One nie wrócą do swojej dawnej formy, ale nie zniknęły. Zostały przetworzone, ocalone. Nie wróciłam do siebie sprzed mroku, ale zaczęłam rozkwitać na nowo, spokojniej, z większą samoświadomością, z nowymi kolorami, które wcześniej były głęboko ukryte, ale dla mnie niewidoczne. Było wiele chwil zwątpienia, ale dobre słowa i historie klientek oraz świadome otaczanie się wspierającymi kobietami m.in. w Paczce Girlbosskich pomogły mi pójść dalej i już żaden komentarz nie podetnie mi skrzydeł.
Co musi się wydarzyć, żeby zwykły kwiat stał się obrazem?
Proces obejmuje kilka etapów. Najpierw odpowiednio przygotowuję kwiat do prasowania. Oczyszczam go z kurzu, piasku, owadów, pajęczyn, nadmiaru pyłku. Oglądam, czy jest zdrowy i snuję wizję, jakie miejsce zajmie w kompozycji. Od tego zależy sposób w jaki go rozłożę w prasie botanicznej. Można prasować kwiaty w całości lub w płatkach. Suszenie w płatkach jest najskuteczniejsze, ale i najbardziej czasochłonne, bo roślinę rozkładam na czynniki pierwsze, a po wyjęciu z prasy rekonstruuję w całość. Suszenie w całości także ma kilka wariantów i wymaga kolejnych zabiegów przygotowujących, jak np. redukcja warstw płatków, by roślina nie zgniła podczas procesu. Odpowiednio przygotowane kwiaty rozkładam na materiałach chłonnych i zamykam w prasie. W pierwszym tygodniu często do nich zaglądam i wymieniam materiały chłonne w poszczególnych warstwach, bo to czas, gdy rośliny oddają najwięcej wilgoci. W większości przypadków po tygodniu mogę odłożyć prasę na półkę i zajrzeć do niej po upływie kilku kolejnych tygodni. Następnie wyjmuję rośliny, segreguję je kolorami i gatunkami, rekonstruuję jeśli trzeba i układam różne kompozycje. Gdy uzyskuję akceptację od klientki, dopiero wklejam je na stałe na papier lub szkło, czekam co najmniej dobę między kolejnymi warstwami, by wszystko idealnie wyschło i oprawiam obraz. Samo oprawianie trwa kilka godzin. Czyszczenie tafli szkła, zabezpieczanie krawędzi, umieszczenie w ramie, czyszczenie, ewentualne poprawki, jak kolejny niesforny pyłek gdzieś opadnie.
Ile czasu naprawdę zajmuje stworzenie jednego obrazu – od zebrania roślin po gotową pracę?
Kilka miesięcy – takie mam terminy realizacji z bukietów ślubnych. Gdy zaczynałam i miałam pojedyncze zamówienia, byłam w stanie dostarczyć obraz w ciągu nawet 8-10 tygodni, podczas gdy same rośliny suszyły się w prasie około 5-6 tyg. Obecnie ze względu na duże zainteresowanie i mój bardzo intensywny tryb życia mamy, etatowej liderki i przedsiębiorczyni, czas wydłużył się do 5-6 miesięcy. Pośpiech nie sprzyja suszeniu roślin i tworzeniu z nich. W pędzie łatwo o błędy i niedelikatność, a prasowane rośliny są bardzo kruche. Na szczęście każda moja klientka mówi to samo, że warto było czekać, bo efekt przerasta oczekiwania. To dla mnie najlepsza motywacja.

Jakie historie najczęściej stoją za zamówieniami Twoich klientów?
Najczęściej pracuję z bukietami ślubnymi i to jest najpiękniejsza praca, jaką mogłabym tylko wymyślić w tej szerokości geograficznej. Chętnie bym też tuliła małe pandy, ale u nas mogę tylko o tym pomarzyć. Mam najbardziej wdzięczną pracę na świecie. Branża ślubna, w ogóle praca z klientem, kojarzy się z dużą presją i stresem, a ja mam kontakt z Parą Młodą już po wszystkim. Gdy przekazują mi kwiaty osobiście, obserwuję na ich twarzach szczęście i miłość mieszające się ze zmęczeniem. Przejmuję ich emocje. Mogę po tych kilku miesiącach od ślubu na nowo wywołać łzy wzruszenia i przywołać wspomnienia z dnia uroczystości. Panowie, którzy na początku bywają sceptyczni, również zmieniają nastawienie, gdy już widzą efekt finalny. Ich kwiaty zachowane w ramie są nośnikiem wszystkich pięknych uczuć i wspomnień. Często kwiaty trafiają do mnie po przejściach i nie mówię tutaj o rzucaniu bukietem, bo to potrafi być tragiczne w skutkach i zdecydowanie odradzam, ale są połamane, pogniecione i normalnie nikt nie uznałby je za piękne. Prasuję jednak wszystkie zdrowe kwiaty i zastanawiam się, co je spotkało. Może Panna Młoda ściskała je, szukając ujścia emocji w drodze do ołtarza. Może zostały przytulone przez prababcię podczas składania życzeń. One niosą ze sobą całą historię. Każdy był świadkiem czegoś innego, wyjątkowego, co warto zachować.
Czy zdarzyło Ci się pracować z kwiatami o szczególnym znaczeniu – np. ze ślubu albo ważnego momentu życia?
Poza dominującymi bukietami ślubnymi, zdarzają się bukiety urodzinowe, zaręczynowe, z okazji narodzin dziecka, przejścia na emeryturę, podziękowania lub upamiętniające przełomowe wydarzenia biznesowe jak np. pierwsza stacjonarna gala lub konferencja. Są też dwa zamówienia, które szczególnie zapadły mi w pamięci. Pierwsze to szalona historia, gdy jedna z moich pierwszych klientek, dla której wcześniej zakonserwowałam bukiet ślubny, napisała do mnie w noc powrotu z podróży poślubnej z Hawajów z pytaniem, czy nie zachowałabym orchidei z hawajskiego naszyjnika. Zgodziłam się niemal w ciemno i powstała z nich pamiątka z kształcie serduszka z inicjałami nowożeńców. Te kwiaty przejechały cały świat. Druga jest bardzo wzruszająca i za każdym razem wywołuje u mnie łzy w oczach. Córka zachowała dla swojego taty w prezencie kwiaty z ostatniego bukietu, jaki podarował swojej żonie, a mamie klientki, tuż przed śmiercią. Nigdy nie zapomnę tego zamówienia.
Jak sprzedaje się coś tak nietypowego?
To niszowy biznes, więc wymaga wielu kanałów komunikacji, by pozyskać klientów. W moim przypadku liczba zamówień rosła wykładniczo do wielkości mojego portfolio głównie poprzez pokazywanie obrazów na instagramie. Już przy 200 obserwujących miałam pełny kalendarz. Ze względu na specyfikę procesu suszenia roślin, a także jednosobowego biznesu, mogę przyjąć ogarniczoną liczbę bukietów na weekend. Nie wszyscy mogą sobie pozwolić na taką pamiątkę, więc zawsze zachęcam do poproszenia bliskich o sprezentowanie bonu podarunkowego na konserwację bukietu na wieczór panieński lub na ślub. Więcej wysiłku w pozyskaniu klientów wymaga ode mnie druga gałąź mojego biznesu, czyli działalność edukacyjna. Nadal mało osób słyszało o tej formie sztuki, więc trudniej kogoś zainteresować.
Wydałam pierwsze w Polsce przewodniki dla początkujących w dziedzinie prasowania roślin. Powstał e-book „Ze mną pójdzie Ci jak z płatka, czyli o prasowaniu kwiatów od A do Z” oraz kurs online „Podstawy prasowania kwiatów”. Na prośbę odbiorców zaczęłam także organizować warsztaty z prasowania roślin. Uwielbiam opowiadać o suszeniu roślin i spotykać się z uczestnikami. Wiem jednak, że jest nauka prasowania kwiatów nie należy do najkrótszych i najprostszych, więc by umożliwić odbiorcom obcowanie z naturą w tej wyjątkowej formie i twórcze spędzanie czasu wolnego organizuję także warsztaty, gdzie uczestnicy mogą stworzyć swoje własne dzieło z roślin, które wcześniej dla nich ususzyłam.
Czy Twoi klienci od razu rozumieją wartość tej pracy, czy trzeba ich edukować?
Konserwacja bukietów istnieje na polskim rynku dopiero od kilku lat. Ciągle zyskuje na popularności, konserwatorki poszerzają swoje oferty i wprowadzają nowości. Wciąż wiele Panien Młodych zadaje pytania last minute, bo do dnia ślubu nie zdawało sobie sprawy, że można zachować ślubne kwiaty, a opcji jest kilka, więc jest jeszcze sporo pracy z uświadamianiem o istnieniu takiej usługi. Zdecydowanie nie jest to także usługa pierwszej potrzeby, a raczej produkt premium, za którym stoją lata praktyki, tysiące godzin spędzone z kwiatami, dziesiątki tysięcy uprasowanych płatków i pełna atencja rękodzielnika z ogromną dawką czułości i cierpliwości.
Od początku do końca obraz jest dziełem ludzkich rąk. Ramy kompletuję u stolarza – rzemieślnika, szyby docina na moje zamówienie szklarz, a potem jestem już tylko ja. Czuję się wręcz zobowiązana do edukowania klientów i odbiorców, co stoi za ceną obrazu. Wiedzą, co zawiera usługa, z jakich etapów się składa, jak ważna jest ich rola w pielęgnowaniu roślin przed, w trakcie i po uroczystości, jak spakować bukiet do wybranej formy dostarczenia, jakich przemian mogą się spodziewać. Po rezerwacji terminu klientki otrzymują ode mnie kompletny przewodnik. Od razu także informuję je jak postępować z obrazem po otrzymaniu, bo od tego także mogą zależeć ich decyzje odnośnie m.in. koloru ramy.
Chcialabym też wszystkie te etapy regularnie pokazywać w mediach społecznościowych dla osób zastanawiających się nad wyborem, ale brakuje mi już zwyczajnie doby. Jestem przeszczęśliwa, że tematem zainteresowały się także lokalne i ogólnopolskie media, jak Telewizja Polska, Polsat, Onet i mogłam zaprezentować piękno prasowanych kwiatów szerszej publiczności.
Czy zdarzyło Ci się żałować, że z hobby zrobiłaś pracę?
Nigdy i mam nadzieję, że to uczucie będzie mi jeszcze długo obce. Oczywiście, ma to swoje minusy, bo trudno złapać balans między życiem prywatnym, a pracą i odpocząć od czegoś, co de facto jest też moją odskocznią. To jest coś, czego ciągle się uczę i muszę się naprawdę pilnować, by się nie zatracić. Jest jednak o wiele lepiej odkąd mam osobne pomieszczanie w mieszkaniu przeznaczone na pracownię. Zamykam drzwi i staram się wyłączyć głowę. Gdy zaczynałam, wszystkie rzeczy związane z moją pasją, a potem działalnością zamykały się w sypialni, łączącej dodatkowo funkcje pracowni, garderoby i home office na etacie.
Co ludzie widzą w Twoich obrazach… a czego Ty już nie widzisz?
To, czego czasem zazdroszczę moim klientom, to pierwsze wrażenie. Ja patrzę na efekt finalny przez kolejne etapy procesu, decyzji, zmian, chwil zwątpienia. Mam w głowie wszystkie momenty, w których coś mogło pójść inaczej. Klienci nie mają tej wiedzy, bo widzą całość. Być może dostrzegają też spontaniczność. Ja mam świadomość, ile pracy i czasu wymaga ta z pozoru lekka kompozycja unosząca się niemal jak w powietrzu między dwiema taflami szkła. Często bywa, że ja jestem nie do końca zadowolona z efektu, bo uważam, że mogłabym coś zrobić lepiej lub nie miałam wpływu na to, co się działo z bukietem po drodze i nie mogę w pełni wykorzystać potencjału kwiatów, a klienci wybuchają szczerym, spontanicznym zachwytem i mają emocjonalną więź z obrazem. Widzę ich miłość przez pryzmat kwiatów, oni natomiast nadają im o wiele więcej znaczeń, o których nie mogę mieć pojęcia.
Rozmówczyni wywiadu: Daria Mazurowska
Daria Mazurowska – właścicielka Z PŁATKA, laureatka Zielonego Kursora 2025, konserwatorka bukietów ślubnych i promotorka sztuki prasowania kwiatów. Autorka pierwszego w Polsce e-booka o prasowaniu roślin „Ze mną pójdzie Ci jak z płatka, czyli o prasowaniu kwiatów od A do Z”, kursu online „Postawy prasowania kwiatów”, organizatorka warsztatów z prasowania kwiatów i tworzenia kwiatowych ramek. Liderka z wieloletnim doświadczeniem w zarządzaniu zespołami w korporacji, ambasadorka pierwszego raportu o działalności nierejestrowanej „Biznes start” Joanny Rułkowskiej oraz „E-learning w Polsce 2025” Oli Gościniak. Prywatnie mama, miłośniczka sztuki, podróży i kawy.



