- 2026-07-10
- 0
- 18 minuty czytania
Angielski to nie egzamin, to wolność – rozmowa z Astrid Oleszkiewicz o tym, jak dmucha w językowe skrzydła kobiet

Dla Astrid Oleszkiewicz język angielski to znacznie więcej niż znajomość słówek i zasad gramatyki. To narzędzie, które daje kobietom odwagę, niezależność i poczucie wolności – zarówno podczas podróży, jak i w życiu zawodowym. W rozmowie opowiada o swojej drodze od tłumaczki do mentorki wspierającej kobiety w przełamywaniu bariery mówienia po angielsku, o sile małych kroków, budowaniu pewności siebie oraz o tym, dlaczego perfekcja nie jest warunkiem skutecznej komunikacji. To inspirująca historia przedsiębiorczyni, która udowadnia, że największe zmiany zaczynają się wtedy, gdy odważymy się odezwać.
Redakcja GIRLBOSSKIE: Jak zaczęła się twoja historia? Czy możesz podzielić się historią momentu, który był punktem zwrotnym dla Ciebie jako przedsiębiorczyni?
Astrid Oleszkiewicz: Moja historia z angielskim zaczęła się wieki temu, jeszcze na początku lat ‘90 tych. Jako nastolatka jeździłam wtedy z rodziną i znajomymi po Europie. Było to odkrywanie zarówno nowych, wcześniej niedostępnych dla nas, Polaków, części świata, jak i odkrywanie siebie. Zrozumiałam, że język angielski otwiera mi wiele drzwi, staje się moją przepustką do wolności. Bez niego nie miałabym możliwości samodzielnego poruszania się poza granicami kraju, pracy czy po prostu zwiedzania.
Wiele lat później, gdy w moim życiu pojawiły się dzieci i zaczęłam trochę bardziej osadniczy tryb życia. Angielski stał się wtedy moją przepustką do pracy w tłumaczeniach. Mogłam działać i rozwijać się praktycznie bez wychodzenia z domu. W czasie pandemii, jak większość z przedsiębiorców, przeszłam do pracy on-line. Być może dlatego, że wszystkim nam brakowało w tych chwilach wolności, zrozumiałam, że najwięcej satysfakcji daje mi dawanie tej wolności innym.
Zrozumiałam, że moją misją jest pomoc kobietom w rozwijaniu ich językowych skrzydeł, wspólnym przezwyciężaniu ich syndromów oszusta, które tak bardzo blokują przed mówieniem po angielsku. Wszystko po to, by kobiety śmiało i bez obaw podróżowały, robiły międzynarodowe kariery, by mogły to robić solo, bez wsparcia tłumaczy, osób, które lepiej znają język czy, w najgorszym przypadku, elektronicznych translatorów.
Jakie wydarzenie z Twojego życia zawodowego uznajesz za największy sukces i dlaczego?
Sukces odnoszę codziennie. Paradoksalnie, najczęściej nie chodzi wcale o liczby czy oceny, chociaż dla niektórych Kursantów są one ważne szczególnie na wynikach z egzaminów językowych. Największą nagrodą i również moimi sukcesami, są sukcesy moich Klientów. Gdy po kilku zajęciach słyszę, że “dzięki Pani, coraz śmielej mówię po angielsku”, “coraz więcej osób gratuluje mi, że płynnego porozumiewania się z innymi”, “będąc na wakacjach już nie potrzebuję nikogo “do pomocy”, sama przejmuję inicjatywę i śmiało mówię po angielsku”, wiem, że to jest mój sukces. Utwierdzam się w tym, że to co robię ma sens. Wśród moich mocnych stron, w top 5 w teście Gallupa mam Restorative, Developer,co między innymi oznacza, że to rozwijanie innych daje mi najwięcej satysfakcji i tym samym wspaniale wpisuje się w misję mojej pracy.
W drodze do osiągnięcia swoich celów biznesowych, jakie były najważniejsze lekcje które Cię spotkały?
Kiedyś uważałam, że muszę uczyć wszystkich. Często naginałam swoje zasady, czy zgadzałam się na pracę w godzinach, które narzucali mi klienci. Pracowałam popołudniami, często do późnej nocy, by kolejnego dnia znowu o 7 rano zacząć kolejne zajęcia.
Z czasem nauczyłam się, że działanie wbrew sobie nie tylko drenuje moją energię, ale również rozkręca spiralę roszczeń. Niektórzy uważali, że skoro zgodziłam się na jedno, to na bank zgodzę się na coś kolejnego. Skoro zgodziłam się na przesunięcie zajęć na 21, to na bank nie będzie dla mnie problemem, że nie przyjdą na zajęcia i nawet o tym nie poinformują.
W biznesie, człowiek uczy się stawiania granic krok po kroku. Najpierw łapiemy “każdą okazję” by dostać zlecenie, później zaczynamy rozumieć, że nie zawsze można naginać czasoprzestrzeń by spełnić wszystkie wymagania klienta. Wybieramy z większą rozwagą. Ważny jest obopólny szacunek. Tylko, żeby wymagać go od innych, najpierw my same musimy mieć go dla siebie.
Czy istnieje jakiś mentor lub osoba, która miała istotny wpływ na Twoją karierę, i jakie cenne wskazówki otrzymałaś od tej osoby?
Osobą, która idealnie pasuje do opisu jest Joanna Kadej (@Skrzasie). Ze swoim sercem na dłoni i ciepłym, delikatnym, acz stanowczym, wsparciem potrafi motywować do działania. Nie tylko zresztą mnie. Jej networkingi w Paczce skupiają coraz większą grupę dziewczyn. Każdego miesiąca robię wszystko by chociaż raz się z nią spotkać. Jej wiara w innych powoduje, że mój syndrom oszusta chowa się w cień i zaczynam działać śmielej.
W jaki sposób dbasz o równowagę między rozwojem zawodowym a osobistym, aby utrzymać harmonię w życiu?
Równowaga w życiu w dużej mierze zależy od nas. Niekoniecznie oznacza to, że zawsze jest po równo! Czasem więcej czasu pochłania mi praca, czasem są dni, czy nawet tygodnie, podczas których skupiam się na życiu prywatnym. Regularnie ćwiczę, jeżdżę na rowerze, bardzo dużo czytam, lubię dobre jakościowo, zdrowe jedzenie. Staram się jak najwięcej podróżować. Niezmiennie uważam, że podróże kształcą, ale dodają również energii do działania. Dlatego zawodowo jeżdżę z Kursantkami na weekendy z angielskim, a prywatnie by odpocząć, spędzić czas z rodziną i pokazać dzieciom piękno naszego świata.
Czy widzisz siebie jako liderkę, która inspiruje innych do osiągania sukcesu, i jakie wartości chciałabyś przekazać kolejnym pokoleniom przedsiębiorczych kobiet?
Słowo liderka długo do mnie nie pasowało. Kojarzyło mi się z kimś, kto stoi na scenie z mikrofonem i mówi odważnie o swojej wizji. A ja przez lata po prostu… robiłam swoje. Cicho, często zbyt cicho, ale konsekwentnie, choć z drżącymi rękoma.
I chyba właśnie w tym tkwi sedno tego, co chcę przekazać kolejnym pokoleniom przedsiębiorczych kobiet: liderstwo nie musi wyglądać spektakularnie. Może wyglądać jak jeden mały krok (baby step) zrobiony mimo strachu. Jak decyzja, że tym razem na liście priorytetów stawiasz siebie i swoje potrzeby, a nie jest to jak wcześniej zawsze na szarym końcu, który prawie nigdy nie nadchodzi.
Kiedy tworzyłam Your English Success Club – internetowy klub języka angielskiego – nie myślałam o sobie jako o liderece. Myślałam o kobietach, które znam. O tym, jak świetnie znają angielski „na papierze”, ale przed rozmową z obcokrajowcem serce bije im szybciej i w głowie robi się pustka. Również o tych, które od lat mówią sobie “jeszcze tylko skończę ten projekt”, jeszcze tylko “ogarnę dom… dzieci… obiad…”. Jeszcze tylko…..
Stworzyłam przestrzeń, której sama kiedyś potrzebowałam. Bez oceniania, bez presji, z miejscem na działanie w swoim tempie i po swojemu. Z przekonaniem, że małe kroki robione regularnie, czasem z doskoku, we wtorek wieczorem, przy herbacie – robią więcej niż spektakularne zrywy raz na pół roku.
Jeśli miałabym wymienić wartości, które chcę przekazać dalej, to nie byłyby to wielkie słowa o sukcesie i ambicji. Byłoby to coś prostszego: Działaj mimo strachu, bo odwaga to nie brak lęku, to działanie mimo niego. Ucz się bez wstydu – bo błędy są częścią drogi, a nie dowodem na to, że się nie nadajesz. Szukaj wspólnoty – bo najszybciej rośniemy tam, gdzie czujemy się bezpiecznie, nie tam gdzie jesteśmy oceniane. I przede wszystkim – bądź sobą. Bądź autentyczna, nieidealna. Taka jak lubisz. Właśnie taka jesteś najbardziej inspirująca. Nie kiedy masz już wszystko poukładane, ale kiedy działasz po swojemu, z otwartym.

Jakie są Twoje największe wyzwania jako kobieta prowadząca własną firmę, i jak sobie z nimi radzisz?
Jako soloprzedsiębiorczyni często zmagam się z samotnością w swoim biznesie. Czasem najzwyczajniej nie mam z kim pogadać moich pomysłów. W takich chwilach bardzo doceniam spotkania z dziewczynami z Paczki. Spotykamy się regularnie w małym gronie raz w tygodniu, opowiadamy o swoich planach, konsultujemy, “pilnujemy” siebie nawzajem by systematycznie działać. Takie powiedzenie na głos, zakomunikowanie innym nad czym się pracuje i kiedy chce się daną rzecz skończyć, powoduje, że ma się dodatkową motywację do pracy. “No, bo przecież powiedziałam we wtorek, że będę to miała na przyszły tydzień”.
W jaki sposób Twoje największe porażki przyczyniły się do Twojego sukcesu dzisiaj?
Porażki są naturalną częścią rozwoju. Każdy upadek czyni nas silniejszymi. Najlepiej rozumieją to uczące się chodzić dzieci. Żadne nie przestaje próbować, bo 2 czy 3 razy się potknęło. Próbuje dalej. Staram się działać tak samo. Przed covidem miałam stabilne zajęcie, które zdusiła pandemia. Nie mnie jednej i nie ostatniej. Najzwyczajniej trzeba było się podnieść i zacząć tworzyć od nowa.
Przeszłam wtedy na 100% do on-line’u. W tej chwili szkolenia stacjonarne wracają powoli do życia. Jednak, dla wielu z nas spotkania on-line są bardziej wygodne, a mój biznes jest łatwiej skalowalny. Tylko w zeszłym roku, jeden z moich Kursów “Rozkręć swój angielski w 12 tygodni” ukończyło ponad 70 osób. Bez działania on-line nigdy nie byłabym w stanie pomóc tak wielu osobom jednocześnie. To, co początkowo wydawało mi się klęską, ostatecznie okazało się początkiem sukcesu. Przypuszczam, że gdybym podczas pandemii nie była zmuszona do rozpoczęcia działań w Internecie, do dzisiaj wahałabym się czy zacząć.
Czy kiedykolwiek musiałaś podejmować decyzje biznesowe wbrew opinii innych? Jak to wpłynęło na Ciebie i Twoją firmę?
Codzienna walka z presją i stresem związanym z prowadzeniem solo przedsiębiorstwa nie jest łatwa. Oprócz codziennych zadań i prowadzenia szkoleń, trzeba jeszcze znaleźć czas na bycie na bieżąco między innymi w sprawach RODO, księgowości, legalności działań, marketingu, social mediów… lista jest długa. Myślę, że nawet gdyby pracowałoby się non stop i tak dałoby się dopisać do niej coś jeszcze.
Clue w tym by wybrać swoje priorytety. Można przecież działać na Facebooku, Instagramie, TikToku, LinkedInie, do tego pisać bloga i newsletter. Pytanie tylko po co? Czy wszędzie tam są moi klienci? A nawet jeśli są, to czy muszę być specjalistką w tym wszystkim? Jest takie mądre zdanie: „Jack of all trades, master of none”, w wolnym tłumaczeniu opisuje ono osobę, która zna się na wielu rzeczach, ale na niczym tak do końca, wszystko zna tylko powierzchownie.
Dlatego, chcąc minimalizować presję wyznaczam swoje priorytety. Często to od tych najważniejszych zadań zaczynam codzienne działania. Nie rozdrabniam swojego czasu na drobne. Skupiam się na celach. Nie podglądam innych, nie mam na to czasu. Wolę realizować swoje pomysły. Przy okazji oszczedzam też sporo czasu, który przeznaczam na odpoczynek, czas z dziećmi. Codzienny czas na dworze, jazda na rowerze czy spacery po lesie, skutecznie przewietrzają głowę i pozwalają myślom ułożyć się w logiczną całość – polecam.
W jaki sposób dbasz o swój rozwój osobisty? Czy jesteś zwolenniczką jakichś konkretnych praktyk czy metod?
Jestem ogromną fanką baby steps – metody małych kroków. Od wielu lat praktykuję i uczę tego moich Kursantów by uczyć się chociaż 10-15 minut dziennie, ale każdego dnia. Każda dłuższa przerwa, powoduje, że musimy wielu faktów nauczyć się od nowa. Bez powtórek czy codziennego kontaktu z językiem obcym, po kilku dniach przerwy nasz mózg musi od nowa wpisywać wszystko do pamięci krótkotrwałej, by dopiero po kilkukrotnym odświeżeniu przenieść do pamięci długotrwałej. Dlatego bardziej efektywna będzie codzienna, kilkuminutowa nauka niż nawet 2-3 godziny raz na tydzień czy rzadziej.
Ważne jest również to by pamiętać, że mózg jest jak mięsień – im więcej go ćwiczysz, tym lepiej działa. Dlatego nie wierz w słowa: “nie mam talentu do języków” albo “jestem za stara na naukę angielskiego”. Najważniejsze są Twoje przekonania, jeśli uwierzysz, że będziesz śmiało i bez spiny mówić po angielsku – to tak się stanie!
Klub YES to nie tylko nauka śmiałego mówienia po angielsku – to również wspólne podróże. Skąd pomysł, żeby połączyć naukę angielskiego z podróżowaniem, i dlaczego to akurat Ty stałaś się dla kobiet przewodniczką w tym temacie?
Bardzo szybko zauważyłam, że bariera językowa to często tylko wierzchołek góry lodowej. Pod spodem kryje się coś znacznie głębszego – wiele kobiet po prostu nie ma odwagi wyruszyć w podróż samodzielnie. Bez męża, bez partnera, bez kogoś, kto „załatwi sprawy” na lotnisku czy w hotelu. Boją się latać, boją się zgubić, boją się, że sobie nie poradzą same w obcym kraju. I bardzo często ten strach ukrywa się właśnie za hasłem „nie znam wystarczająco dobrze angielskiego”.
Tu pojawia się moje doświadczenie z branży lotniczej, gdzie spędziłam wiele lat. Znam tę przestrzeń od podszewki – wiem, jak działa lotnisko, jak wygląda odprawa, czego się spodziewać na pokładzie, jak reagować w nietypowych sytuacjach. To doświadczenie daje mi wyjątkową możliwość – mogę nie tylko uczyć języka, ale też za rękę przeprowadzić kobiety przez cały proces podróżowania, krok po kroku, aż poczują, że dają radę same.
Dlatego organizuję wspólne wyjazdy dla kobiet z klubu YES. To nie są typowe wycieczki językowe. To raczej bezpieczna przestrzeń do przełamania się – zarówno językowo, jak i mentalnie. Razem przechodzimy przez to, co dla wielu jest największą barierą: odprawę, lot, pierwsze kroki w obcym mieście. A potem, krok po kroku, kobiety zaczynają same zamawiać kawę, pytać o drogę, radzić sobie w nieoczywistych sytuacjach – i robią to z angielskim, który wcześniej wydawał im się niewystarczający.
To, co obserwuję podczas tych wyjazdów, jest dla mnie najpiękniejszym potwierdzeniem sensu mojej pracy. Kobieta, która przed wyjazdem mówiła, że „nigdy nie poleciałaby sama”, po weekendzie wraca inna – pewniejsza siebie, dumna z tego, że dała radę. I język angielski przestaje być wtedy egzaminem czy przeszkodą. Staje się narzędziem, które otwiera drzwi do prawdziwej niezależności – i to jest dokładnie to, czego chcę uczyć: nie tylko angielskiego, ale i odwagi, by żyć pełniej.
Często mówisz o „wolności językowej”. Co dokładnie kryje się pod tym pojęciem i co tak naprawdę zyskują kobiety, które ją odnajdują dzięki Slow English?
Wolność językowa to dla mnie coś znacznie więcej niż umiejętność poprawnego budowania zdań. To stan, w którym kobieta przestaje się bać własnego głosu w obcym języku. Przestaje analizować w głowie każdą gramatyczną regułkę, zanim cokolwiek powie, i po prostu mówi. Czasem z błędem, czasem niedoskonale, ale swobodnie i bez wstydu. To moment, w którym język przestaje być testem, na który trzeba się przygotować, a staje się naturalnym sposobem bycia w świecie.
Celowo odchodzę od podejścia „musisz wiedzieć wszystko, zanim się odezwiesz”. To podejście, niestety, bardzo wielu kobietom wpojono jeszcze w szkole – że błąd to porażka, że lepiej milczeć niż powiedzieć coś niedoskonale. Ja staram się to odwrócić. Pokazuję, że można mówić od razu, krok po kroku, w swoim tempie, i że właśnie ta droga, a nie czekanie na perfekcję, prowadzi do prawdziwej swobody.
A co kobiety zyskują, gdy tę wolność odnajdują? Myślę, że przede wszystkim niezależność – tę najbardziej praktyczną, codzienną. Możliwość samodzielnego załatwienia sprawy za granicą, swobodnej rozmowy podczas podróży, napisania maila do zagranicznego klienta czy po prostu uczestniczenia w rozmowie bez tego ścisku w żołądku. Ale to sięga głębiej niż sam język. Kiedy kobieta przełamuje barierę mówienia po angielsku, zaczyna też inaczej patrzeć na siebie – widzi, że jest w stanie więcej, niż myślała. Ta pewność siebie przenosi się potem na inne obszary życia – zawodowe decyzje, podróże, relacje.
Dlatego Slow English to nie tylko nauka angielskiego. To droga do tego, by kobiety zaczęły wierzyć, że ich głos, nawet ten niedoskonały, ma znaczenie i zasługuje na to, by być usłyszanym. I to jest właśnie ta wolność, o której mówię: wolność bycia sobą, także w obcym języku.
Rozmówczyni wywiadu: Astrid Oleszkiewicz
Lektorka, założycielka klubu Your English Success – YES i tłumaczka języka angielskiego. Pomagam kobietom, które uczą się angielskiego, ale czują, że coś je blokuje – szczególnie wtedy, gdy mają powiedzieć coś na głos. Wierzę, że by mówić swobodnienie, nie musisz wcale mówić perfekcyjnie. Język angielski to żaden egzamin, a narzędzie. Może ono dać Ci wolność podczas samodzielnych (i nie tylko) podróży, ale i zwiększy Twoją pewność siebie.
Z angielskim obcuję od ponad 35 lat. Jako lektorka i założycielka klubu Your English Success – od kilkunastu lat – uczę, tłumaczę, motywuję do działania. Niestety, wciąż spotykam się z kobietami, które świetnie rozumieją język, na testach pisemnych osiągają super wyniki, ale gdy przychodzi do mówienia, wahaja się. Nie wierzą, że potrafią mówić po angielsku dobrze. To je blokuje, często wolą milczeć niż się odezwać, nawet jednym krótkim zdaniem. Dlatego stworzyłam slowenglish.pl – przestrzeń w rytmie slow, w której uczysz się w swoim tempie, po swojemu i na Twoich zasadach.
Nie pospieszam Cię. Towarzyszę Ci z uważnością i spokojem. Dmucham w Twoje językowe skrzydła, byś znalazła językową wolność i swobodę. By ułatwić ćwiczenie angielskiego jeszcze wiekszemu gronu, głównie kobiet, stworzyłam bezpieczną przestrzeń, Klubu języka angielskiego on-line – YES, Your English Success. W Klubie otrzymasz motywację i inspirację do systematycznej pracy z angielskim. Klubowiczki wzajemnie wspierają się w swojej pracy, każda znajduje odwagę by śmiało mówić po angielsku.



